Ford Mustang - Duch legendy

Duch legendy

Są auta, które kupuje się rozsądkiem. Są takie, które kupuje się dla praktycznych możliwości. Są też takie, które się zauważa, lub pomija. Forda Mustanga nie tyle się kupuje – od lat się po prostu go czuje, a kiedy zaczyna się go posiadać, wchodzi się tylko w wymarzony garnitur. Mustanga nie kupuje się portfelem, a sercem. Są auta szybsze, droższe i lepsze w prowadzeniu, mają lepsze osiągi i parametry – to jest oczywiste w świecie komfortowych aut sportowych. Ale one są jak Madonna na wakacjach, jak Cristiano Ronaldo, który bez wizażysty nie wychodzi z domu. Poukładane do obłędu, na wskroś wzorowe. Mustang jest przy nich innym światem – jakby ktoś wrzucił nas w środek koncertu Led Zeppelin, a zamiast wylizanej precyzji otrzymujemy spotkanie z spluwającym na ziemię rockmanem, który dobre obyczaje zostawił – nomen omen – w garażu przy służbowym Renault, którym dojeżdża do pracy. Co zaskakuje najbardziej, mimo bluzgającego wulkanu adrenaliny, to wciąż auto, które może być użytkowane codziennie. I pomimo iż jest to auto z USA, to wciąż dobrze pomyślany Ford.

Praktyczne szaleństwo

Amerykańskie samochody osobowe różnią się zdecydowanie od europejskich, czy azjatyckich, ale użytkują je ludzie różniący się niewiele od nas. Czy warto je kupić? Zdecydowanie tak – w wypadku Mustanga oznacza to szerszą gamę silników, egzemplarze o indywidualnej charakterystyce, dopieszczone czy po tuningu. Można załapać się na aukcje aut, a import aut z USA nie jest już tak trudny, jak kiedyś i obarczony mniejszymi problemami. Jeśli chcemy kupić Mustanga VI serii, w Polsce trzeba wyłożyć na to ponad 150 tysięcy złotych. Auto z USA, używane i importowane, może być relatywnie tańsze lub zostanie zaoferowane w lepszej wersji wyposażenia czy silnika. Dla Mustanga, gdzie bogactwo wersji idzie w parze z ich różnorodnością, ma to niebagatelne znaczenie. A ponieważ każdy klient jest inny i ma inne potrzeby, trzy wersje nowego Forda VI serii mogą być zbyt ubogą ofertą. Naturalną drogą będzie więc import auta z USA.

Konie tanie, ale szlachetne

Mustang przez szereg lat sprzedawał swoją legendę poprzez nieudane pomysły swoich własnych stylistów, by w końcu u progu XXI wieku wrócić do upragnionego kształtu z przeszłości – zrywającego się do biegu rumaka, auta na które się patrzy i które się kocha całym sercem pełnym szczenięcych marzeń. Ford zapoczątkował modę na retro – i trzeba przyznać, że wychodzi mu to najlepiej. Dodge Charger jest mimo wszystko pomyłką, Camaro – raczej improwizacją. Na rynku aut w USA jego najładniejszym konkurentem będzie tylko Challenger, który równie wiernie odwzorowuje linie z chlubnej przeszłości.

Nowy Mustang korzysta z linii nakreślonych jeszcze w latach sześćdziesiątych, gdy stał się ikoną motoryzacji. Jego maski i przodu nie da się pomylić z żadnym innym pojazdem – agresywne krzywe, galopujący koń zamiast logo Forda, cofnięte głęboko we wnękach reflektory, odważne wloty powietrza i wysunięta górna krawędź która przechodzi w przepastną maskę. Tego auta z USA nie da się pomylić z niczym innym. Tył to klasyka w najlepszym wydaniu – trójdzielne reflektory, okrągły znaczek. W wersjach GT z wiadomą treścią. Oferowany jest także model Bullit, na cześć Mustanga ze słynnego filmu, który znaczka z przodu nie posiada – za to wszechobecna jest butelkowa zieleń. Steve McQueen byłby dumny. Przy tej całej eksplozji stylistycznej adrenaliny Ford zamyka w jej wyuzdanej formie bardzo praktyczne rozwiązania i dzięki temu są to najtańsze konie mechaniczne na rynku. Nowa wersja GT ma ich 450, co daje około 500 zł za sztukę rumaka – w wypadku importu auta z USA może być sporo taniej. W Fordzie mamy też system głosowy Sync 3, wykrywanie pieszych, doskonałe systemy audio i wentylowane fotele. Dla praktycznych również system, który wyciszy bądź podgłośni cały układ wydechowy.

Od powrotu Mustanga w 2003 roku interesował się nim sam Carol Shelby – można więc pokusić się o wersję Shelby GT 500 z silnikiem 5,4 L. Późniejsze modyfikacje były sygnowane przez samego Forda – wersje dla piątej serii produkcyjnej są dziś smakowitym kąskiem na rynku aut używanych w USA. Z biegiem czasu było ich coraz więcej, podobnie będzie prawdopodobnie z serią szóstą. Już dziś dostępne są – poza Bullittem – wersje Shelby GT350R i Lightning oraz, co oczywiste – Convertible, czyli przepiękny kabriolet.

Beneficjent sukcesu

Retrofuturyzm Forda mu się opłacił. Dziś jest to lider amerykańskiego rynku motoryzacyjnego w tej kategorii aut – co znacząco obniża ich ceny. Za relatywnie rozsądną kwotę otrzymujemy duże, prawie pięciometrowe auto sportowe, które nie straciło nic z praktycznego zastosowania – to wciąż samochód, którym możemy wyjechać do pracy, a w wersji z silnikiem EcoBoost nie będzie to droga podróż. To wciąż auto z USA, z amerykańskim rodowodem i najbardziej na świecie rozpoznawalną stylistyką. To legenda, która potrafi chociażby zakazać kierowcy wlać niewłaściwe paliwo (opcja Ford Easy Fuel), podgrzewa kierownicę, zmienia kolory zegarów, ma niezależne zawieszenie, a opcjami wyposażenia bije na głowę większość konkurencji tak cenowo, jak i szerokością oferty.

Pomimo stosunkowej popularności to wciąż jest samochód wyjątkowy. To nadal legenda, która pod nowiutkim garniturem skrywa żądną wrażeń duszę – a posiadanie duszy to dziś w dziedzinie motoryzacji, nawet wśród aut z USA, dar wyjątkowy. Dlatego Mustang nie zostawia nikogo obojętnym. To jeżdżący entuzjazm, dotyk magicznego świata w którym wolność  była niemal namacalna. Przenosi nas w nadprzestrzeń, a jednocześnie sprawia wrażenie jakby kochał uczucie, gdy go prowadzimy. Nie tak ordynarny stylistycznie jak niektóre auta sportowe z Europy czy z Azji, nie tak wyrafinowany – ale przez to bliższy ludzkim emocjom, bardziej prawdziwy, choć wciąż sportowy, szybki, pewny w prowadzeniu. Po prostu bycie autem sportowym nie zakłóciło w żaden sposób jego indywidualności. Dlatego Mustang to doskonały wybór, gwarantujący emocje, radość, spełnienie i satysfakcję. Ma cztery koła jak każde inne, ma też drzwi, kierownicę, silnik, skrzynię biegów i uchwyty na kubek z kawą – ma też jednak duszę i serce. I w tej orkiestrze brzmi to naprawdę jak kwintesencja harmonii.

Czytaj dalej...